- Mnóstwo sukcesów, dziesiątki medali i pucharów przywiezionych z imprez rangi krajowej, europejskiej, czy światowej, w tym najcenniejsze w kolekcji krążki olimpijskie. To krótkie podsumowanie z pewnością nie oddaje ogromu pracy i spraw, jakie były Pana udziałem w czasie wielu lat piastowania funkcji Prezesa CWZS Zawisza Stowarzyszenie Kajakowe. W imieniu Bydgoszczanek i Bydgoszczan, ale przede wszystkim w imieniu setek młodych ludzi, którzy z mniejszymi, lub większymi sukcesami, dzięki Pana wsparciu spróbowali swoich sił w kajakach – Dziękuję - mówił Prezydent Rafał Bruski.
W piątek (3.07) spotkał się on w ratuszu z odchodzącymi z CWZS Zawisza SK prezesem Waldemarem Keisterem i wiceprezesem Jarosławem Jankowskim.

Rozmowa z Waldemarem Keisterem
Kibice sportu kojarzą Pana z kajakami, a tymczasem zapowiadał się Pan na dobrego wioślarza.
Waldemar Keister: Wszystko zaczęło się w wieku 12 lat. Mieszkaliśmy na Błoniu, mój kolega dwa lata starszy ode mnie zaproponował mi, bym dołączył do niego i rozpoczął trenowanie wioślarstwa. Długo nie musiał mnie przekonywać. Postanowiłem spróbować i tak trafiłem na przystań.
Spodobało się Panu?
- Nawet bardzo. Pochwalę się, że karierę wioślarską zakończyłem jako mistrz Polski Juniorów w ósemce, w której byłem szlakowym. To nie była łatwa osada, można wręcz powiedzieć bardzo niesforna, ale jakoś udało nam się zgrać. Dla Zawiszy to był pierwszy juniorski medal w ósemce.
Dlaczego nie został Pan przy wioślarstwie?
- W pewnym momencie okazało się, że warunki fizyczne są dużo ważniejsze, od tego, jakie ma się zdolności. Po prostu byłem za niski. Tak przynajmniej twierdzili trenerzy. Wtedy jeden z działaczy powiedział – „Jesteś w pełni przygotowany do sportu, masz świetną kondycję i spokojnie poradzisz sobie w … kajakach.
I tak łatwo Pana przekonał?
- Najpierw to byłem zrozpaczony, że nie będą dalej wioślarzem. Przecież byłem mistrzem Polski! Na szczęście kajakarstwo bardzo szybko mnie wciągnęło. Już w pierwszym roku byłem mistrzem i wicemistrzem Polski. Warto dodać jednak, że kajakarstwo nie było dla mnie czymś nowym. Jeszcze jako wioślarze, czasem na obozach dla urozmaicenia wsiadaliśmy do kajaków. W tym sporcie udało mi się osiągnąć sukcesy. Po zakończeniu kariery przez chwilę pracowałem jako trener, ale przyszedł taki moment, w którym trzeba było sobie powiedzieć dość. W tamtych czasach żyć z kajaków było ciężko. Chciałem coś osiągać w życiu zawodowym. Później przez lata zawsze powtarzałem sportowcom, by pamiętali, że po karierze sportowej jest jeszcze życie i musimy się wywiązywać z obowiązków wobec rodziny, czy siebie samych. Trzeba sobie radzić także poza sportem.
Długi był ten rozbrat z kajakarstwem?
W sumie 42 lata, ale nie nazwałbym tego rozbratem. Kiedy tylko mogłem wpadałem do przystani. Nie dało się tak nagle z tym wszystkim rozstać, choć głównie skupiałem się na prowadzeniu firmy wspólnie z małżonką i naszymi pracownikami.
Kiedy postanowił Pan, że zostanie działaczem?
- I znowu zaczęło się od wioślarstwa. W Zawiszy rozpoczynały się zmiany. Znali mnie i zaproponowali, żebym podjął się organizowania sekcji, wtedy jeszcze wspólnej wioślarstwa z kajakami. Zapraszałem do pomocy byłych zawodników. W pewnym momencie zrodził się pomysł, by rozdzielić wioślarstwo i kajakarstwo. Rozeszliśmy się w zgodzie, a ja zostałem przy kajakach.
Pana kadencja to wielkie pasmo sukcesów.
- Mogę powiedzieć, że jako działacz jest spełniony. Kajakarki i kajakarze Zawiszy zdobywali medale olimpijskie, mistrzostw świata i Europy. O wielu z nich mało się mówi. Mógłby długo wymieniać ich nazwiska. Tak sobie myślę, że może, jak odpocznę to stworzę kronikę naszych sukcesów. A naprawdę mamy się czym chwalić.
Czy dziś łatwo jest namówić młodzież do trenowania kajakarstwa?
- My mamy szkoły sportowe w mieście, jest liceum przy ul. Cichej. Szkolenia jest bardzo dużo. Mamy sporo utalentowanej młodzieży, na czele z Juliuszem Kitewskim. A czy łatwo namawiać młodzież? Wszystko zależy od tego, jak to się poda. Jeśli w odpowiedni sposób, to dzieci wręcz garną się do kajaków. Gdy wyjeżdżają na obóz zawsze stoję przy autobusie i życzę bezpiecznej podróży to widzę, że radosne, uśmiechnięte buzie tych młodych ludzi.
Na pewno pomaga też w tym baza sportowa. Zawisza ma przecież przystań w samym centrum miasta, a wkrótce powstanie centrum treningowe przy ul. Czartoryskiego.
- Marina przy Wyspie Młyńskiej powstała w ramach projektu unijnego. Gdy trwała budowa, to musieliśmy przenieść się do innych części miasta, to był ciężki okres, ale dzięki wielu ludziom daliśmy radę. Cieszę się też, że powstanie nowy obiekt do treningów. To bardzo duże wsparcie w szkoleniu. Niedawno zapowiedział to minister sportu Jakub Rutnicki. Bardzo mocno wspierało nas miasto.
Mówi się o Bydgoszczy, jako stolicy sportów wodnych.
- Można powiedzieć, że my się wspieramy obserwując siebie. Jest Astoria, potem Zawisza, Kopernik, BTW, Bydgostia. Razem spotykamy się na Brdzie, bo jesteśmy niemal w zasięgu wzroku. Patrzymy, że u sąsiadów dużo się dzieje, to mówimy, a dlaczego nie nas? Poza tym rozpoczęły się projekty rządowe, które też wspierają sport.
Przez kilka lat szefował Pan też całemu Zawiszy. Jak wspomina Pan tamten okres?
- Dla mnie było to wiele wyróżnienie. To była taka potrzeba chwili, w klubie sporo się wtedy zmieniało. Zaufało mi miasto, działacze i dałem się wciągnąć. Choć nie zawsze było łatwo, to duże uznanie należy się ludziom, którzy wtedy działali w CWZS Zawisza. Czas pokazał, że ten czas nie był zmarnowany. W szkoleniu dzieci i młodzieży byliśmy najlepsi w kraju. Oczywiście były dominujące stowarzyszenia, ale one napędzały pozostałych.
Gdyby miał Pan coś przekazać swoim następcom, to co by Pan im powiedział?
- Że trzeba pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Nie rozdrabniać się. Trener jest do trenowania, działacz do działania. Nie może być tak, że trener klubowy jest mocno zaangażowany w pracę w kadrze. Młody człowiek, który trafia do szkolenia chcę pracować z danym trenerem. To naprawdę ważne i nie można pracować i tu i tu.
Na dobrze bierze Pan rozbrat z kajakarstwem?
- Żona, córka i wnuki przekonywały mnie, by zaczął żyć poza sportem. Jak już powiedziałem, ja naprawdę jako działacz jest spełniony. Klub zostawiam w dobrej kondycji. Na brak zajęć nie będę narzekał. Zawsze będę też gotowy do rozmowy, gdyby ktoś chciał skorzystać z mojego doświadczenia.















Zapraszamy na oficjalny portal turystyczny Bydgoszczy
















